Podróż poślubna… do Santiago de Compostela! I kilka rozważań o rodzinie

autor: admin
podróż poślubna
Podziel się tym wpisem

W lipcu minął rok od naszego ślubu cywilnego, a kilka dni temu pół roku od ślubu kościelnego. A my dopiero teraz wyruszamy w podróż poślubną! Kiedy byłam małą dziewczynką, myślałam, że pewnego dnia w podróż poślubną ruszę prosto z wesela (najlepiej na motorze), a tymczasem wyjedziemy z poślizgiem i… z namiotem.

Kto poniesie namiot?

Dużo jest w naszych czasach wersji rodziny i podejścia do tego wręcz legendarnego „pełnienia ról”. Mężczyźni przestali ustępować miejsc kobietom w tramwajach (bywa, że nawet i starszym paniom miejsce ostatecznie ustępuje dziewczyna). Co więcej, często to nawet i kobiety czują się urażone tym, że jakiś relikt przeszłości chce im to miejsce ustąpić. Jakim prawem ma czelność sugerować mi, że jestem słabsza?! I tak dalej.

Często dziwi mnie to podejście kobiet. Dlaczego przeciwieństwem super tradycyjnego podziału ról ma być totalne negowanie różnic między nami? Oczywiście, mam alergię na hasła w stylu „baba przy garach” i cieszę się, że nie urodziłam się w czasach, w których jedynym sukcesem mojego życia ma być zamążpójście. Podobnie sprawa się ma w kwestii niższych płac dla kobiet – choć z tego co wiem, to pracodawca pyta kandydata do pracy, jakie ma oczekiwania finansowe. Więc może to nie wina systemu, a… kobiet zaniżających wartość swoich kwalifikacji? (czekam na hejt)

Ale co z tym namiotem?

Nie jestem feministką (wbrew pozorom, bo podobno takie sprawiam wrażenie), choć istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że byłabym, gdybym urodziła się sto lat temu. Poza tym różnice między kobietami a mężczyznami mi nie przeszkadzają i uważam je za coś naturalnego i pięknego. Lubię dostawać kwiaty i lubię to, że mój mąż woli dostać wiertarkę. Lubię to, że mogę wytargać walizkę na drugie piętro i lubię też to, że mój mąż woli to zrobić za mnie. Ale… sama nie wiem, czy jestem stuprocentową tradycjonalistką (czyt. on ciężko pracuje i zarabia, a ona zajmuje się domem).

Wiecie, mam przed oczami dwa obrazki. Jeden to dzielnica industrialna na obrzeżach Ammanu, którą przemierzałam z innymi wolontariuszami w drodze na zajęcia, które prowadziliśmy w Jordanii (dawno temu). Pełno warsztatów, śmieci, brudu, zero kobiet, a jeśli już, to tylko w czarnym namiocie (to znaczy w hidżabie i z zakrytą twarzą). Faceci na widok europejskich dziewczyn (w długich spodniach i bluzkach z długim rękawem) zachowywali się jak małpy w zoo. Jakbyśmy tam tańczyły na rurze. Dramat. Ochyda tego miejsca (w krajach arabskich jest takich miejsc więcej rzecz jasna) jest dla mnie niezbitym dowodem na to, że kobieta jest potrzebna poza domem.

Po drugiej stronie szali mamy ojców – bankomaty, którzy po ciężkiej pracy otwierają piwo i włączają telewizor z myślą, że spełnili już swój obowiązek. Nie wiedzą, do której klasy chodzą ich dzieci. W ogóle niewiele o nich wiedzą. Bywa i tak, prawda?

Ty poniesiesz namiot, ja kupię przewodnik

Wybaczcie te rozważania o małżeństwie, ale jako świeżo upieczona mężatka rozmyślam czasem nad tym (moment! już nie taka świeżo upieczona!). Po prostu jestem zdania, że każdy ma do odegrania jakąś rolę zarówno w domu jak i poza nim. Kobieta na swój kobiecy sposób ma być obecna w domu i w społeczeństwie, a mężczyzna – zarówno w społeczeństwie, jak i w domu (najlepiej po męsku, a nie po nijakiemu). 

 

podróż poślubna

 

Tymczasem ruszamy w naszą podróż poślubną z zamiarem wymodlenia sobie pomyślnego małżeństwa. Pokusiłam się nawet o przygotowanie rozważań na każdy dzień – dzięki wyszukiwarkom udało mi się wyłowić wszystkie fragmenty Ewangelii, w których występuje św. Jakub syn Zebedeusza – w końcu to do jego grobu prowadzą liczne drogi Camino! Aby było lżej, wersja arabska dla Y. przybrała postać książeczki. Przed nami prawie 300 kilometrów marszu!

Do zobaczenia po powrocie 😉

 


Podziel się tym wpisem

Czytaj również